O autorze
Feministka na macierzyńskim. Zaciekła tropicielka wszelkich przejawów tego, jak my, kobiety, same pod sobą dołki kopiemy w trudnych bojach o należne nam miejsce w rodzinie, świecie polityki, życiu zawodowym i wszędzie indziej…. Jak tkwimy, mniej lub bardziej świadomie, w naszych genderowo-stereotypowych okopach i ciągle jeszcze dajemy się sprowadzać do drugorzędnych ról. Jak te tysiące nieznanych kobiet solidarnościowej rewolucji, co to, zgodnie z dyrektywą jednego z transparentów umieszonych ponoć na stoczniowym murze, po cichu, nie przeszkadzając, wspierały swoich bohaterów, którzy o ważne sprawy walczyli (i którzy to zapisali się na kartach historii zupełnie nieanonimowo).

A do tego spełniona matka i żona z zawodowymi sukcesami i ambicjami. I - pomimo wszystko - niepoprawna optymistka.

Matka córce

Fot. Flickr/[url=https://www.flickr.com/photos/mateusd/14116671572/]Mateus Lunardi Dutra[/url] / [url=http://bit.ly/mamadu]CC BY[/url]
Fot. Flickr/Mateus Lunardi Dutra / CC BY
„No ale ty chyba nie zamierzasz robić sobie tych badań prenatalnych!?!?!?!” zapytała moją ciężarną koleżankę oburzona matka.

Nie, no gdzież!!!!!!!! Że niby po co?? Żeby się dowiedzieć, że przypadkiem płód ma jakąś poważną wadę genetyczną? Żeby mieć podstawy do podjęcia świadomej decyzji o kontynuacji bądź przerwaniu (nigdy!!!!) ciąży? Żeby mieć czas, żeby dobrze przygotować się na przyjęcie dzieciątka ze specjalnymi potrzebami?



Po cholerę! Co będzie, to ma być! Na razie zakładam, że wszystko będzie dobrze. Przecież zazwyczaj jest! Kiedyś to może więcej dzieci z wadami genetycznymi się rodziło, bo w ogóle mało się wiedziało, jak dbać o ciążę, jakich leków nie brać i tak dalej.

I co mi z tego, że będę wiedziała. Tylko się niepotrzebnie nadenerwuję. Adam się trochę denerwuje, ale po co, pytam go, no po co?? Na razie najważniejsze, żeby spokojnie ciążę donosić, przygotować wszystko, jak trzeba (w sensie, że niebieska wyprawka, jak chłopiec, a różowa jak mała księżniczka???). A jak się urodzi chore, to się będziemy martwić. Przecież wszystko nam w szpitalu na spokojnie wytłumaczą, skontaktują ze specjalistami, podadzą kontakt do rodziców z dziećmi z podobnymi problemami. A jak będzie trzeba, to do specjalistycznego szpitala w Warszawie nas przekierują. Zresztą, planuję roczny macierzyński, więc akurat będę miała przecież czas, żeby to wszystko rozkminić.

Poza tym, na pewno z Adamem wspólnie sobie jakoś poradzimy. Przecież się kochamy!!! Co nas nie zabije, to nas wzmocni! A jak będzie dużo pracował (pewnie będzie, przynajmniej na początku, póki ja nie wrócę do pracy), no to ja wszystko w domu ogarnę. Prawo jazdy przecież zawsze można zrobić. Najwyżej sama będę jeździć. No i przecież zawsze też mama pomoże, brat, siostra, przyjaciele. A pieniądze na specjalne potrzeby dostaniemy, wiesz, są te specjalne renty dla niepełnosprawnych. Tylko oświadczenie o niepełnosprawności trzeba załatwić. Na razie oboje mamy fajne prace, dwie średnie krajowe na rękę wyciągamy.

I tak słucham. Jeszcze więcej tych mądrości było.

„A co, ty myślisz, że może jednak powinnam je zrobić?” – pyta na koniec niepewnie, jak by jej się programowanie zacięło. „Sama zdecyduj” – mówię. Bo od czego tu zacząć przekonywać, że może jednak warto?

„Przy okazji upewnij się, żeby mamie taka głupota do głowy nie wpadła, żeby na mammografię co rok biegać…”
Trwa ładowanie komentarzy...