O autorze
Feministka na macierzyńskim. Zaciekła tropicielka wszelkich przejawów tego, jak my, kobiety, same pod sobą dołki kopiemy w trudnych bojach o należne nam miejsce w rodzinie, świecie polityki, życiu zawodowym i wszędzie indziej…. Jak tkwimy, mniej lub bardziej świadomie, w naszych genderowo-stereotypowych okopach i ciągle jeszcze dajemy się sprowadzać do drugorzędnych ról. Jak te tysiące nieznanych kobiet solidarnościowej rewolucji, co to, zgodnie z dyrektywą jednego z transparentów umieszonych ponoć na stoczniowym murze, po cichu, nie przeszkadzając, wspierały swoich bohaterów, którzy o ważne sprawy walczyli (i którzy to zapisali się na kartach historii zupełnie nieanonimowo).

A do tego spełniona matka i żona z zawodowymi sukcesami i ambicjami. I - pomimo wszystko - niepoprawna optymistka.

Po pojawieniu się dzieci, zarządzajcie zmianą!

Odkryte relatywnie niedawno, zarządzanie zmianą pomogło wielu firmom szybciej stanąć na nogi i osiągnąć pełen potencjał po często daleko idących przekształceniach, takich jak przejęcie przez inną firmę czy bolesne procesy restrukturyzacji. Dziś to jeden z najbardziej obiecujących obszarów zarządzania. Tymczasem w jakże niewielkim stopniu korzystamy z zebranej już wiedzy i doświadczenia, by łatwiej (żeby nie powiedzieć zwycięsko) przejść przez jakże wymagający dla wielu młodych rodziców okres po pojawieniu się dzieci, kiedy to… wszystko staje do góry nogami.

Koncept zarządzania zmianą jest prosty w swojej istocie – obok sprawnego zarządzania operacyjnego, niezwykle ważne jest zrozumienie potrzeb, oczekiwań, obaw wszystkich zaangażowanych w dany proces stron (od prezesów po szeregowych pracowników, których zmiany dotyczą), odpowiednia, dwustronna komunikacja oraz proaktywna postawa w zarządzaniu wszelkiego rodzaju ogniskami zapalnymi.



Pojawienie się dziecka w życiu każdej pary to nie lada wyzwanie, niezależnie od tego, czy nowi członkowie rodziny są wyczekiwani czy pojawiają się przypadkiem. Przez długi okres (moja teściowa twierdzi, że w jej przypadku to już ponad 40 lat :-), dzieci podporządkowują sobie dużą część życia rodziców. A co ważniejsze, nie do końca intencjonalnie, mocno ingerują w relację, jaka istnieje pomiędzy matką a ojcem. Znajoma twierdzi, że spośród grona jej licznych „świeżo-dzieciatych” par, zna tylko jedną, która twierdzi, że pojawienie się dziecka nie nadgryzło relacji między rodzicami. Ale, że ona i nikt z ich kręgu znajomych im nie wierzy :-)

Liczne badania empiryczne na temat poziomu szczęścia par po pojawieniu się dzieci obserwację tę, niestety, potwierdzają. Że spada on drastycznie, i to na masową skalę. Na początku w dużej mierze wynika to z uporczywego, długotrwałego, niedoboru snu (o szczęśliwi rodzice śpiących noworodków!). Nieporozumienia, pretensje i wypowiedziane lub skrywane żale, które wtedy się pojawiają, stają się mocną podwaliną pod rosnący mur niezrozumienia, prowadząc do oddalania się rodziców od siebie na długie lata. Do tego dochodzi stały brak czasu na wszystko, o pielęgnowaniu relacji między rodzicami nie wspominając, co zupełnie nie sprzyja powrotowi na ścieżkę przed-dzieciowego, wspominanego z nostalgią, szczęścia.

Czy zatem jesteśmy skazani na pogorszenie się naszym relacji po przyjściu na świat dzieci? Zaryzykuję twierdzeniem, że tak! O ile od samego początku, świadomi zmian i wyzwań, jakie towarzyszą powiększaniu rodziny, nie będziemy aktywnie zarządzać tymi zmianami! Że pomimo braku snu, braku czasu i pokusy odpuszczenia sobie starania w tym obszarze, będziemy walczyć każdego dnia, żeby nasza relacja przeszła ten trudny okres dostosowawczy niepoturbowana, a wręcz odwrotnie, silniejsza i jeszcze głębsza.

Zacznijmy jeszcze zanim się pojawi maleństwo! Czy zastanawialiście się, ile czasu poświęcamy na skompletowanie wyprawki? Tu pieluszki, tu ubranka, łóżeczko, przebierak trzeba nabyć, ba cały pokoik do przygotowania i cała masa innych rzeczy zajmują naprawdę spoooro czasu. Do tego, na widok małych skarpeteczek czy przyszłego ojca z zapałem składającego łóżeczko, robi się słodko, sentymentalnie… co mocno usypia naszą czujność. Jeśli na tym etapie zdarzają się kłótnie, to dotyczą głównie kolorów, kształtów i innych Niezwykle Istotnych Spraw. Nie mówiąc już o tym, że w większości przypadków w przygotowania zaangażowane są przede wszystkim matki, co często dostają przy tej okazji mocnego “świra”, dziwiąc się lekko, że ich partnerów sprawy jakoś mniej rajcują. Albo też zupełnie na nich uwagi już nie zwracając. (Ojcowie, jak wasze partnerki dostają owego dzieciowego świra, będąc jeszcze w ciąży i was powolutku już wtedy zaniedbując, to może być zwiastun nadchodzącego stanu, w którym zostaniecie na trwale odsunięci na dalszy tor… Walczcie o swoje należne partnerom miejsce już na tym etapie!).

Ba, spośród tysięcy rad, których się z mężem nasłuchaliśmy odkąd tylko mój brzuch stawał się coraz bardziej widoczny, dostaliśmy tylko jedną taką, co mogłaby sugerować, żeby, oprócz przygotowań wyprawki oraz przygotowań do samego porodu, pomyśleć wyłącznie o nas jako parze. No ale jak to podekscytowani nowicjusze, ją zignorowaliśmy, bo przecież tak się kochamy, że nic nie jest w stanie tej naszej relacji zaburzyć.

Akurat! Nie będę się tu rozpisywała na temat licznych spięć, które pojawiły się między nami niedługo po tym, jak z Małym wróciliśmy ze szpitala do domu. O duże i małe sprawy. Przełom nastąpił w dość zabawnych okolicznościach. Trzy miesiące po narodzinach synka, odwiedził nas serdeczny znajomy. Ponieważ swój chłopak, wcale się przy nim nie krępowaliśmy ze wzajemnymi komentarzami. I ten na początku słuchał nas, nie komentując, aż nie wytrzymał i… dostał spazmów śmiechu! „Guys, o co kaman! Zgłupieliście do reszty czy co?” I faktycznie po chwili wszyscy szczerze śmialiśmy się z naszych licznych, baaardzo ważnych powodów do kłótni. I z tego, jak nasza głęboka relacja zamieniła się w zastraszającym tempie w coś… kompletnie nie do zniesienia.

No i tego pamiętnego wieczoru postanowiliśmy zawalczyć. Żeby rozumieć, dlaczego jedno i drugie zachowuje się tak a nie inaczej w nowych dla nas obojga okolicznościach. Co jest dla każdego z nas ważne? Czego nie lubimy w opiece nad dzieckiem (Matki Polki, spokojna głowa, macie do tego prawo!)? Za czym tęsknimy? Czy i w jaki sposób jesteśmy w stanie powrócić do tych rzeczy, które nam, jako bezdzietnej parze, sprawiały radość? I tak dalej. I zamiast się kłócić albo po cichu cierpieć lub frustrować, po prostu rozmawiamy. I wdrażamy, co postanawiamy, (bardziej lub mniej efektownie :-)). Póki co, nie ma w tym wszystkim, jak we wspomnianych firmach, innych interesariuszy w naszej relacji – jesteśmy i szefami, i pracownikami, i klientami, i dostawcami. Będąc w różnej konfiguracji w każdej z tych ról, staramy się rozumieć, jakie są oczekiwania tego drugiego względem nas a jakie nasze. A może coś trzeba robić inaczej niż na początku zakładaliśmy. I tak dalej.

Oczywiście można się pokusić i w zarządzanie zmianą włączyć szersze grono interesariuszy – rodziców, rodzeństwo, przyjaciół. Świat nas wszystkich – w mniejszym lub większym stopniu – po pojawieniu się dzieciątek się w jakimś sensie zmienia. W tej sposób być może bezdzietni znajomi będą bardziej wyrozumiali, że przestaliśmy się chwilowo pojawiać na wieczornych imprezkach, albo że musimy je szybko opuścić i że w ogóle preferujemy popołudnia. Dziadkowie może przestaną mieć pretensje, że ich tak często nie odwiedzamy, bo… potrzebujemy trochę czasu dla siebie. I tak dalej.

Do dzieła, kochani! Wszyscy musimy się jakoś odnaleźć w nowej sytuacji, żeby wycisnąć z tej zmiany, co najpiękniejsze!
Trwa ładowanie komentarzy...