O autorze
Feministka na macierzyńskim. Zaciekła tropicielka wszelkich przejawów tego, jak my, kobiety, same pod sobą dołki kopiemy w trudnych bojach o należne nam miejsce w rodzinie, świecie polityki, życiu zawodowym i wszędzie indziej…. Jak tkwimy, mniej lub bardziej świadomie, w naszych genderowo-stereotypowych okopach i ciągle jeszcze dajemy się sprowadzać do drugorzędnych ról. Jak te tysiące nieznanych kobiet solidarnościowej rewolucji, co to, zgodnie z dyrektywą jednego z transparentów umieszonych ponoć na stoczniowym murze, po cichu, nie przeszkadzając, wspierały swoich bohaterów, którzy o ważne sprawy walczyli (i którzy to zapisali się na kartach historii zupełnie nieanonimowo).

A do tego spełniona matka i żona z zawodowymi sukcesami i ambicjami. I - pomimo wszystko - niepoprawna optymistka.

"For Ladies Only" czyli o wykluczeniu na własne życzenie

Dostałam zaproszenie na event networkingowy „for ladies only” od jednej z zaprzyjaźnionych korporacji. Choć cel godny uwagi – żeby się babeczki z biznesu poznawały i wzajemnie wspierały (tego nigdy za wiele!), to doświadczenie wskazuje, że z takich spotkań więcej zazwyczaj szkody niż pożytku. I tym razem, niestety, nie było inaczej.

Zazwyczaj eventy tego typu są organizowane wokół jakiegoś „babskiego” motywu. W przypadku tej korporacji poprzednim razem były warsztaty kulinarne ("Kuchnie egzotyczne"), w tym roku – spotkanie ze specjalistą od… kolorów. Wcale nie żartuję. Nawet się nie pochwaliłam zaproszeniem kolegom z pracy z zażenowania. Spotykamy się raz na ruski rok (nie muszę mówić, jak trudno jest zachęcić ambitne, zarobione dziewczyny do takich integracyjnych wyjść) i o czym będziemy gadać? W jaki sposób dobierać kolory w kreowaniu własnego wizerunku. Serio.

Wyobrażacie sobie spotkanie mężczyzn sukcesu, których udaje się zebrać raz na jakiś czas w jednym miejscu (to zresztą w ich świecie nie jest znów aż takim ewenementem) i zamiast omawiać ostatnie newsy, deale, dzielić się opiniami na tematy branżowe, trendy, przetasowania personalne etc., to oni mają porozmawiać sobie o… kolorach! No ok, można powiedzieć, że przecież panowie na takich spotkaniach też chętniej by sobie pogadali o piłce nożnej, wyprawie na żagle, ostatnich podbojach etc. I pewnie zresztą na większości męskich wyjść takie tematy się pojawiają jako przewodnie w small talku. Mało coś jednak słychać o spotkaniach, na które zaprasza się poważnych dyrektorów i prezesów pod hasłem „pogadajmy o… piłce nożnej”!! Zamiast uciekać o stereotypu, że my, kobiety, to zainteresowane jesteśmy głównie gotowaniem, ciuchami, kosmetykami (i naturalnie, dziećmi), to same się podkładamy. A potem się dziwimy, że jesteśmy wystawiane do niektórych klientów, [tylko dlatego?], że ładnie wyglądamy (ha, bo się na kolorach znamy!).

No dobra, myślę sobie, motyw przewodni beznadziejny, ale co tam, warto networkować. Już umawiam opiekunkę do dziecka. Ale hola, hola. Tydzień przed spotkaniem, dostajemy emaila, że odwołane. W związku z jakąś sprawą rodzinną. Nie mogę uwierzyć. Brak specjalistki od kolorów to powód, żeby zrezygnować ze spotkania, jak już się udało naprawdę fajne grono zajętych profesjonalistek zgrać na wspólne wyjście??!?!? Bo nam wszystkim to przecież głównie o te kolory chodziło! Poza tym, co to za uzasadnienie!? Odwoływanie dużych spotkań z powodów rodzinnych to też norma w profesjonalnym świecie biznesu? No dobra, może nie norma, ale my przefarbowane Matki-Polki, co to przecież udają, że karierę robią, zrozumiemy…


I weź tu nie trać wiary w kobiety.
Trwa ładowanie komentarzy...